Gwarno, tłoczno,  wesoło. Chłopcy grają na bębnach, w radiu brzmią tureckie rytmy,  a z meczetu dobiegają głosy modlących się muzułmanów. Przed blokami siedzą w grupkach mężczyźni popijający raki i grający w szachy. Kobiety głośno plotkują na chodniku, a na ulicy dwóch kierowców kłóci się o to, który z nich ma pierwszeństwo. Jest kolorowo, wokół stoją stragany z dojrzałymi owcami,  a na małym ryneczku stoisko z kolorowymi, zdobionymi chustami. Na każdym budynku dumnie powiewa flaga Albanii,  a na murach widnieją namalowane sprayem czarne orły. W powietrzu unosi się zapach świeżych ziół i owoców. W małej budce sprzedawane są pamiątki, popielniczki w kształcie bunkrów albo kieliszki z podobizną Skanderbega. W tłumie chodzą  mężczyźni proponujący wymianę pieniędzy lub sprzedaż telefonów. To wszystko z góry obserwują groteskowe stwory wiszące na dachach niedokończonych budowli. Nowoczesne wieżowce obok sypiących się ruder, najnowsze auta wśród starych mercedesów.

Jestem w Albanii, w samym centrum miasta. 

W ogóle się nie odzywam, nie robię nawet zdjęć, bo szkoda czasu. Mam oczy dookoła głowy, obserwuję wszystko i staram się jak najwięcej dostrzec. Po krótkim, ale pełnym wrażeń spacerze siadamy na ławce. 
- Tutaj ludzie żyją! Słychać to i widać, wyglądają na pełnych energii i szczęśliwych – myślę i zaraz w głowie pojawia mi się obraz Polski.
U nas na ulicy każdy idzie z słuchawkami w uszach, rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w asfalt. W autobusach nikt ze sobą nie rozmawia. Jedynymi dźwiękami, jakie da się słyszeć w ciągu dnia, jest warkot silników i huk tramwajów. Polacy ciągle się spieszą i wyglądają na zmęczonych i ponurych.
- Przyjdziemy tu wieczorem, będą stragany, konkursy z nagrodami  i jakieś atrakcje dla dzieci – moje rozmyślania przerywa ojciec.
Albania jest u nas nieznana i nielubiana. Uważa się często, że jest to kraj dzikusów , bez cywilizacji. W sklepach nie ma tego, co u nas jest modne,  Albańczycy nie maja  komputerów ani dostępu do Internetu. Na ulicach chodzą mężczyźni z karabinami. To wszystko słyszałam jadąc tutaj. Dziś przekonałam się, że tam jest zupełnie inaczej…

 

 W końcu – wzdycham z ulgą, kładąc się do łóżka po wielogodzinnej podróży i krótkim przywitaniu z domownikami.  Pomimo zmęczenia i późnej godziny nie mogę zasnąć. Jest strasznie gorąco. Otwieram okno, ale firanka nawet nie drgnie.  Zasypiam nad ranem, ale wkrótce budzą mnie głosy i stukanie  dochodzące z kuchni. Wyskakuję z łóżka i w biegu się ubieram. Chcę jak najszybciej wyjść na dwór i zobaczyć, jak tu jest.

- Dzień dobry! Mogę wyjść na ulicę? – mówię podekscytowana.

- Nie! Nie wyjdziesz sama na ulicę – mówi zdecydowanie ojciec – możesz jedynie wyjść przed blok – dodał pokazując mi tylne wyjście.

Pośpiesznie zakładam buty, a za plecami znowu słyszę słowa ojca  - Tylko uważaj, jak będziesz wychodzić, bo…

Nie słucham już, co dalej mówi. Co może mi się stać przed blokiem.

Wychodzę pewnym krokiem i nagle czuję silny ból w nogach, wpadłam na coś ogromnego i twardego. Po odzyskaniu równowagi widzę, że to jest jeden z tych sławnych albańskich bunkrów.

- Bunkier!? Przy samych drzwiach!? – mówię do siebie wściekła, rozcierając bolące kolana.

Nie zawracając sobie nim dalej głowy, sunę dalej. Chcę zobaczyć, jak wyglądają ulice, czy naprawdę tutaj nie ma asfaltu? Czy rzeczywiście  ludzie  jeżdżą na osłach? Czy kobiety chodzą pozasłaniane od stóp do głów? Czy mężczyźni noszą przy sobie broń?

Zatrzymuję się na środku i ogarnia mnie wielkie rozczarowanie i niedowierzanie. Wszędzie wokół  mur! Przede mną mur,  z prawej i lewej strony też. Odwracam się i widzę, że za mną jest jakaś brama zarośnięta trawą i krzakami.

- Tam jest na pewno jakieś wyjście – uśmiecham się, chwytając za klamkę. Brama się otwiera a za nią jest …. MUR.

Siadam bezradna na ławce. Wszędzie  mur. Za nim słychać uliczny gwar. Głosy ludzi, warkot silników i dobiegające dźwieki modlitw. Pewnie niedaleko jest meczet – myślę.

Patrzę na blok. Jest stary, zaniedbany i obskurny. Po oknach od razu widać, która rodzina jest bardziej zamożna. Z dachu zwisa wypłowiała albańska flaga, a obok mnie chodzą wychudzone i brudne koty przeraźliwie miauczące.

Czy tak właśnie wygląda Albania?

 

 

Obudziło mnie nagłe szarpnięcie i huk. Podniosłam obolałą głowę i z trudem otworzyłam oczy. Właśnie wylądowałam w Tiranie. 

Od 6 rano w podróży. Jestem tak zmęczona, że nawet nie potrafię się cieszyć, iż szczęśliwie dotarłam na miejsce.

Czekam, aż wszyscy wezmą swoje rzeczy i wychodzę na samym końcu. Na stopniach samolotu uderza mnie fala gorącego powietrza, pomimo nocy.

Powietrze jest inne niż u nas, bardziej ciężkie i ma charakterystyczny zapach - ziół,  albo przypraw
– myślę schodząc w dół.

Nagle czuję czyjąś rękę na ramieniu i lekkie szarpnięcie. Ktoś wymawia moje imię i nazwisko. Kiwam głową. Mężczyzna zaczyna coś do mnie mówić, ale w ogóle go nie rozumiem. Próbuję się skupić. Rozumiem słowo „paszport”, więc mu go podaję, a on chowa go do kieszeni.

Chwileczkę co on robi?! To mój jedyny dokument, na dodatek w środku mam bilet powrotny – zaczynam panikować, ale nie wiem co zrobić. Moje przerażenie rośnie, kiedy przyglądam mu się uważniej.

Wysoki brunet z brodą, dobrze zbudowany i opalony. Od razu w uszach słyszę słowa Tomka: „Porwie cię jakiś opalony i napakowany facet z brodą, wsadzi do czarnego dżipa, wywiezie gdzieś, zgwałci i zabije i żeby nie było że ciebie nie ostrzegałem”.

Zaczynam się wyrywać i mówić we wszystkich językach, jakie znam. Mężczyzna wzrusza ramionami i dalej mówiąc coś w tym dziwnym języku, ciągnie mnie za sobą. Odwracam głowę i widzę, że autobus z pasażerami właśnie odjeżdża. Idę więc posłusznie za nieznajomym, szukając wzrokiem jakieś drogi ucieczki. Docieramy do samochodu.

Czarny dżip! – myślę, ogarnia mnie strach i zaczynam domagać się oddania paszportu.
Mężczyzna patrzy się na mnie dziwnie i każe wsiąść do auta. Jedziemy przed siebie, nie wiem dokąd. Jest bardzo ciemno i na dodatek auto ma przyciemnione szyby. Widzę jakieś migające światełka, a trochę dalej dostrzegam stojące samoloty.

On cały czas do mnie mówi. Ma niski głos i dużo gestykuluje.
Nie mogę zebrać myśli, nie wiem co mam robić. Gdzie ja teraz jestem? Kim on jest? Co się dzieje? – w głowie kłębią mi się myśli i pytania, a serce podchodzi do gardła. Nagle zatrzymujemy się, wysiadamy i wchodzimy do jakiegoś budynku. Budynek jest niski, ściany pomalowane na biało, z jakimiś rurami na wierzchu, a po oczach bije światło jarzeniówek. Idziemy w górę po schodach i wychodzimy do dużej sali.

To lotnisko! – mówię sama do siebie i oddycham z ulgą.
Podchodzimy do okienka, kobieta ogląda mój paszport, stawia pieczątkę i zadaj jakieś pytanie. Kiedy nie odpowiadam, powtarza mniej uprzejmie, przewraca oczami i zaczyna rozmawiać z moim „opiekunem”.

Po długim oczekiwaniu na bagaż idę w kierunku ojca. Oczywiście cały czas z obstawą. Nieznajomy rozmawia z ojcem, oddaje mu moje dokumenty i każe coś podpisać.

- O co chodzi? – pytam ojca, kiedy zostajemy sami.
- To pracownik lotniska. Lotnisko w Wiedniu, gdzie miałaś przesiadkę, poinformowało że jesteś niepełnoletnia i lecisz bez opieki. To dlatego. Niepotrzebnie się denerwujesz.

Niepotrzebnie się denerwuję?!  A nie można było tego zrobić w inny sposób? Przecież omal nie dostałam zawału.


 

 

Dziś, dokładnie 10 sierpnia 2010 roku, rozpoczyna się moja pierwsza podróż do Albanii.

Siedząc na tylnym siedzeniu samochodu wpatruję się w kupiony przez ojca bilet lotniczy.

Nie mogę uwierzyć, że ten dzień nadszedł. Marzyłam o tym od tylu lat. Już jako dziecko mówiłam, że pojadę do Albanii,  chociaż wtedy nie wiedziałam nawet gdzie leży.

Moja radość znika, kiedy widzę zmartwioną minę mamy i podenerwowanego Tomka, który wyzywa wszystkich kierowców jadących przed nim.

Nagle przed oczami stają mi obrazy z kilku ostatnich dni. Rodzina i przyjaciele przychodzili się pożegnać, wyglądało to tak, jakbyśmy mieli się już nigdy nie zobaczyć. Na ulicy zatrzymywali mnie ludzie, których znałam tylko z widzenia i kazali na siebie uważać. Nawet od mojej przyjaciółki usłyszałam:

- Rób dużo zdjęć i jak wrócisz to mi wszystkie pokażesz… jeżeli w ogóle wrócisz.

Zaczęło to do mnie docierać.  Wcześniej byłam tak podekscytowana wyjazdem i zajęta pakowaniem, że nie zwracałam na nic innego uwagi. Teraz dudnią mi w uszach słowa:

- To jest dziki kraj, już nigdy stamtąd nie wrócisz.
- Owiną cię w chusty od stóp do głów i będziesz musiała przejść na islam.
- Wydadzą cię za mąż za 50-letniego mężczyznę i nie będziesz mieć nic do gadania.
- Jedziesz na własną odpowiedzialność, dlatego żadni prawnicy potem ci nie pomogą.
- Oni tam nie mają w ogóle samochodów, będziesz musiała jeździć na ośle.
- W Albanii nie ma komputerów ani Internetu, na pewno jest bardzo słaby zasięg i nie będziesz mogła korzystać z telefonu.
- Tam kobietom nie wolno wychodzić z domów.
- Tam trwa wojna, ludzie strzelają do siebie na ulicach.
-  Porwą cie, zabiją i sprzedadzą twoje organy
.

Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa, na szczęście moje rozmyślania przerywa Tomek mówiąc:
- Na pewno chcesz tam jechać? W każdej chwili możemy zawrócić do domu.
- Jedziemy! – mówię z rozdrażnieniem.

- Dobrze, proszę bardzo! – krzyczy Tomek – porwie cię jakiś opalony i napakowany facet z brodą, wsadzi do czarnego dżipa, wywiezie gdzieś, zgwałci i zabije i żeby nie było że ciebie nie ostrzegałem.


Jeszcze jest ciemno, słońce dopiero zaczyna wschodzić. Autobus pełen jest  turystów wracających z wakacji. Wszyscy śpią, a ja z oczami wlepionymi w szybę próbuję zebrać myśli.
„Jedziemy  na lotnisko, dziesięć dni szybko minęło i ojciec już odjeżdża”. 
- Czy czuję żal? – zastanawiam się - nie, nie czuje żalu, wręcz przeciwnie. Czuję ulgę.
„W  końcu wszystko wróci do normy. Będę mogła spotykać się ze znajomymi, robić co chcę i wstawać ,o której chcę. Nikt nie będzie mnie już krytykował, poprawiał i dyrygował mną. Odzyskam moją wolność!” Na samą myśl uśmiecham się szeroko. 
„Ciekawe jednak, jak  wyglądałoby moje życie, gdyby ojciec  nas nie zostawił i oboje by mnie wychowywali. Czy byłabym inna niż jestem teraz? ‘’
Moje rozmyślania przerywa ojciec, który właśnie się obudził.
- Daleko jeszcze? – pyta zaspanym głosem.
- Nie  przejechaliśmy  nawet połowy drogi – odpowiadam, mając nadzieję,  że znowu zaśnie.
On jednak zaczyna się przeciągać i marudzić, że siedzenia są niewygodne.  Po chwili rozpoczyna tyradę:
- Pamiętaj, że po gimnazjum  koniecznie musisz pójść  do najlepszego liceum  w mieście. Wybieraj koleżanki tylko z dobrych rodzin …
- Co to znaczy z dobrych rodzin? – przerywam mu.
- Z bogatych – odpowiada  z naciskiem.
 -W ogóle najlepiej  gdybyś, poszła do szkoły z internatem, tam nauczyłabyś się życia. Moje córki pójdą do najlepszego liceum w Tiranie i będą mieszkać w internacie – mówi z dumą – i ani mi się waż mieć chłopaka, na to przyjdzie czas – grozi palcem. Oczywiście, musisz wybrać profil ścisły, nie humanistyczny. Będzie ci łatwiej znaleźć pracę. Powinnaś jeszcze...

Perorował tak przez godzinę.  Mojego zdania w ogóle nie był ciekaw. Liczyło się tylko to, czego on chce. Nie było ważne, że przez matematykę cudem zdawałam z klasy do klasy, a z polskiego wygrywałam olimpiady i konkursy. On wiedział lepiej, co jest dla mnie dobre. 
W końcu dotarliśmy na miejsce. Na lotnisku odłączyłam się od nich. Miałam dość towarzystwa ojca, spoglądałam tylko na zegarek  i odliczałam czas do odprawy.
- Może powinieneś już iść, musisz mieć czas, żeby spokojnie znaleźć odpowiednie wyjście –  usłyszałam jak mam mówi do ojca. 
- Masz rację – potwierdził ojciec z entuzjazmem.
Pożegnaliśmy się i sylwetka ojca zaczęła znikać w tłumie ludzi. Po chwili poszłyśmy na przystanek autobusowy nie rozmawiając w ogóle o tym, co było.
W domu odetchnęłam.
- Nie było źle, ale dobrze, że już się skończyło – powiedziałam z ulgą, a mama przytaknęła z niebywałą radością.

Towarzystwo Polsko-Albańskie
05-805 Otrębusy
ul. Spacerowa 17
 
Konto:

Towarzystwo Polsko-Albańskie
58 2130 0004 2001 0741 4378 0001
Volkswagen Bank Polska S.A.

 

Dziś99
W tygodniu99
W miesiącu3029
Wszystkie59285

poniedziałek, 23, październik 2017
Our website is protected by DMC Firewall!