ALBANIA BIKE TOUR 2010 – relacja z wyprawy

Jest nam bardzo miło, że możemy zamieścić relację z wyprawy rowerowej do Albanii, którą anonsowaliśmy w wakacje 2010 na naszej Stronie. Jest to pierwszy reportaż, jaki otrzymaliśmy, z wakacyjnego pobytu w Kraju Orłów w ubiegłym roku, dlatego zgodnie z obietnicą, Autor oraz uczestnicy objazdu otrzymują od nas dwa egzemplarze "Córki Agamemnona" Ismaila Kadare. Zachęcamy innych Podróżników do pisania. Książki czekają!
 
Zarząd TPA
alt
Bracia Kalinowscy i jezioro Koman

Wraz z żoną Magdą, braćmi Markiem i Pawłem oraz koleżanką Olą wyruszyliśmy trzeciego września 2010 do Albanii. Naszym celem było objechanie tego zapomnianego europejskiego kraju na rowerach.
Z iście ułańską fantazją przygotowywaliśmy się do tej wyprawy od stycznia 2010. Podczas przygotowań fizycznych czy merytorycznych zastanawialiśmy się, jaka Albania jest? Czego doświadczymy w tym kraju? Kogo spotkamy? Czy ludzie tam mieszkający są przyjaźni czy mamy się czegoś obawiać? Jak wysoko są położone trasy na których chcemy trawersować? I czy damy sobie z tym wszystkim radę?
Nocny lot do Tirany spowodował, że nie mogliśmy ujrzeć naszej „ Ziemi Obiecanej” z pokładu samolotu. Co prawda przebijały się światła miast i miasteczek, ale z mapą na kolanach nie mogliśmy stwierdzić, gdzie się znajdujemy. Albania przywitała nas deszczem. Wraz z odprawą paszportową skończyłem 24 lata, gdyż właśnie w tym momencie wybiła północ. Radość była ogromna. Przed nami 3 tygodnie ekscytującej wyprawy pełnej przygód. „Przeklęta Ziemia” jak nazwał m.in. Albanię T. Wheeler właśnie stawała przed nami otworem, wystarczyło tylko opuścić hale przylotów.

Kruja daje w kość
Eksplorację Albanii rozpoczęliśmy czwartego września w sobotę od pobliskiej Kruje, dawnej stolicy, z której w XV w. dowodził wielki bohater Albańczyków Skanderbeg. Miasto położone na sporym wzniesieniu u podnóża szczytów górskich dało nam trochę w kość. Już pierwszego dnia, bez snu mamy podjeżdżać na takie wysokości? Trzeba przyznać szczerze, było w tym momencie bardzo ciężko. Marek z tyłu, dziewczyny spokojnym równym tempem nie poddają się. Ja dyktuję sobie takie tempo, że nie jestem w stanie złapać tchu. Jedynie lider Paweł w szybkim tempie pokonuje planowany dystans. Podjeżdżając pod Kruje mogliśmy poczuć się jak Turcy próbujący podbić Skanderbega. Tylko, że my walczyliśmy z własnymi słabościami, a Turcy z niepokonanym wodzem. Różnica polegała też na tym, że już popołudniu byliśmy na dziedzińcu zamku (Turkom się to nie udało za życia Skanderbega) i rozkoszowaliśmy się pięknym widokiem. Spoglądam na północny-zachód i wypatruję Leże [Lezhe], przez którą zamierzamy przejechać w kierunku Szkodry. Widzimy też Morze Adriatyckie, w którym następnego dnia kąpiemy się.

alt
Na plaży nad Adriatykiem w okolicy Leże

Śmieci i przepisy ruchu drogowego
Ciepła woda, duże fale, bezludna plaża z wieloma pamiątkami obecności miejscowych. Rozpoznajemy, że to nie my tutaj pierwsi dotarliśmy, ale śmieci. Widok, dość przygnębiający. Odpady, a właściwie ich brak składowania, jest na pewno jednym z dwóch negatywnych wrażeń jakie mamy po naszej wyprawie. Drugim problemem przez nas dostrzeżonym jest ruch na drogach. Podróżując po drogach bez wyraźnego pobocza o dużym natężeniu ruchu mogliśmy czuć się zagrożeni. Dlatego wybierając się do Albanii na rowerze czy samochodem należy pamiętać, że możemy się spotkać z niebezpiecznymi sytuacjami. Wynika to z faktu, że nie respektuje się tutaj przepisów ruchu drogowego. Zastanawiam się, czy takie przepisy w ogóle istnieją, bo jak mam wytłumaczyć sytuację, gdy o mały o mały włos nie zostałem potrącony przez człowieka w mundurze. Odłóżmy jednak nieprzyjemne wrażenia na bok i skupmy się na naszych pozytywnych wspomnieniach, a takich było znacznie więcej.


Po polsku w Szkodrze
W Leże zostaliśmy „zaatakowani” przez grupkę brzdąców, w której zatrzymaliśmy się w drodze do Szkodry. Prosili nas o słodycze, o możliwość założenia kasków rowerowych. Dzieciaki były pełne energii. Zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, daliśmy im nasze naklejki z wyprawy. Postanowiliśmy wycofać się i odpuścić sobie zwiedzanie mauzoleum Skanderbega, gdyż nie mogliśmy sobie poradzić z tym wulkanem energii.
Trasa z Kruje do Szkodry była najdłuższym etapem wyprawy. Przy wjeździe do samej Szkodry zaczepił nas Albańczyk, który w języku polskim bardzo serdecznie nas przywitał. Szok był ogromny. Wjeżdżamy do największego miasta na północy Albanii i rozmawiamy w języku polskim z rodowitym Albańczykiem. Czy można mieć jeszcze więcej szczęścia? Okazało się, że Ergus studiuje architekturę w Krakowie. Mało tego, okazało się, że jego przyjaciel Emilio jest również moim znajomym z Poznania, gdyż Emilio studiuje tam stomatologię. Po całodziennej jeździe postanowiliśmy spotkać i pozwiedzać wspólnie Szkodrę. Dzięki Ergusowi poznaliśmy Szkodrę, tak jak widzą ją Albańczycy. Przeszliśmy się głównym deptakiem Szkodry, byliśmy w dwóch restauracjach. Ergus opowiadał o Albanii, jej problemach. O historii ludzi tu mieszkających. Polecił nam koniecznie zamek w którym zamordowany został jego przodek, który pełnił bardzo wysoką funkcję, gdyż był Paszą szkoderskim. Stracenie jego pradziadka z rąk Czarnogórców miało miejsce w XVIII wieku.

Górom Przeklętym nie odpuścimy
Po miłym wieczorze musieliśmy się rozstać. Zgodnie z radą Ergusa ruszyliśmy następnego dnia na zamek Rozafa. Rzeczywiście było fantastycznie. Piękny widoki na rzekę Drin oraz Bunę, Jezioro Szkoderskie zachęcało do dalszego podróżowania. Następnym miejscem miały być „Przeklęte Góry” - tak nazywane są potocznie Alpy Albańskie. Będąc w Kruje zapytaliśmy kelnera co myśli o okolicach Bajram Curri, Koman, Pac. Bardzo nam odradzał wyjazd w te strony, twierdząc, że niedawno zaginęli tam turyści. Dziewczyny słysząc te opowieści nie chciały jechać. Upór, a właściwie usztywnienie facetów spowodowało, że nie chcieliśmy tak łatwo tego regionu odpuścić. Czytaliśmy o wendecie oraz prawie zwyczajowym panującym na północy i dlatego właśnie tam najbardziej chcieliśmy jechać.
Następnego dnia etap do Koman w stronę Alp Albańskich. Trzeba przyznać, że etap ten zrobił na mnie największe wrażenie. Cisza jaka panowała w okolicach jeziora Koman, widoki, których niestety zdjęcia nie są w stanie odtworzyć, wywoływały w nas ogromną radość, zachwyt. Droga do Koman okazała się czymś niezapomnianym. Na pewno chcemy tam jeszcze kiedyś wrócić.


Ciemność widzę w tunelu
Dalszą część podróży przemierzyliśmy promem. Statek codziennie wypływa z Koman około godziny 10. Zgodnie z zapewnieniem w Przewodniku nie śpiesząc się złożyliśmy nasze namioty i ruszyliśmy do „przystani”. Po drodze przejeżdża się przez nie oświetlony tunel. Magda nie mogła tego zrozumieć, że może być tunel bez oświetlenia. Zastanawiające było jednak to, po co Magda jechała przez ten tunel w okularach przeciwsłonecznych. Po zdjęciu okularów świat się rozjaśnił.

alt
Magda w okolicach jeziora Koman

Nowa Zelandia
Kiedy płynęliśmy promem, Ola stwierdziła, że widoki na jeziorze Koman są podobne do tych z Nowej Zelandii, które zapamiętała ze swoich poprzednich wojaży. Czy może być lepsza reklama tych okolic? Oprócz widoków niczym fiordy norweskie czy nowozelandzkie zauważamy domy, kulle (czyli budynki-twierdze), łodzie. W tych trudnych, górzystych warunkach mieszkają ludzie. Spoglądając na kulle zastanawiamy się, czy siedzi w nich jakiś człowiek. Przywołuję sobie historie z książki „Krew za krew” Ismaila Kadare. Zastanawiamy się, jak można żyć w tak trudnych warunkach, gdzie nie ma płaskiego teren. Jest przecież tak daleko do miasta. Człowiek mieszkający w okolicach Jeziora Koman jest skazany na siebie i ewentualnie na swoich daleko znajdujących się sąsiadów. A co wtedy gdy jest między nimi wendeta. Z takimi rozważaniami dopływamy do Fierze.
alt
Ola Piątkiewicz i widok na jezioro Fierze

Więcej zmarłych niż żyjących
Opuszczamy Bajram Curri i kierujemy się w stronę Krume. Przed miejscowością Pac podjeżdżamy pod przełęcz. Kiedy jeszcze byliśmy w Bajram Curri, mieliśmy nadzieję, że to nie tym szlakiem będziemy jechać, ponieważ podjazd ciągnął się przez wiele kilometrów. Wspinaliśmy się po nowo wybudowanej asfaltowej drodze i mijaliśmy groby zmarłych. Widok ten jest dość częsty w Albanii: przy drogach znajdują się płyty nagrobne. Zastanawiam się, czym spowodowana jest śmierć tych konkretnych ludzi: wypadkiem czy może wendetą? Podczas tego odcinka częściej spotykaliśmy zmarłych niż żyjących, jak u Kadare. Pustka i cisza jaka towarzyszyła nam podczas tego etapu nadała charakteru mistycznego naszej wyprawie.


Włosi pracują u Albańczyka
Wróćmy na ziemię. Robi się późno, niedługo zajdzie słońce a my nie mamy gdzie spać. Z racji tego, że jesteśmy przed przełęczą, nie wiemy, ile drogi nam zostało. Problemem jest też to, gdzie będziemy spali? Szczęście nas nie opuszcza podczas tej wyprawy. Ola z Pawłem - najszybsi kolarze – wyruszają na poszukiwanie noclegu i spotykają w barze amerykańskiego Albańczyka, który oferuje nam pomoc. Mówi, że tutaj nie ma żadnego hotelu, ale on ma dom, w którym mieszkają pracujący u niego Włosi. I tu pojawiają się podejrzenia. Jak to, Włosi pracują u Albańczyka? Przecież to Albańczycy masowo wyjeżdżają do Włoch, albo Wielkiej Brytanii na zarobek. A tu na końcu świata mają być Włosi? Nabraliśmy podejrzeń, czy to nie przypadkiem obóz pracy? Chyba za dużo sensacyjnych filmów obejrzeliśmy. Okazało się, że ów człowiek ma kopalnię, w której wydobywa się chrom. Bardzo nam pomógł. Spaliśmy w wygodnych łóżkach w ciepłym pokoju, a było wtedy dość chłodno. Włosi również okazali się bardzo sympatyczni. Poczęstowali nas pastą, wypiliśmy wspólnie piwo.

Na zapomnianej drodze
Kolejny dzień przyniósł kolejne niezapomniane wrażenia. W Krume po raz pierwszy jedliśmy przysmak Albańczyków - jagnięcinę. We wsi Golaj tuż przy granicy z Kosowem mijaliśmy dzieci idące do szkoły. Może taki widok nie jest czymś wyjątkowym, ale jak spojrzymy na to wydarzanie naszymi emocjami, widok ten staje się nie zapomniany. Otóż byliśmy tuż przy granicy z Kosowem, ostatnia wioska przed granicą. Plakaty oznajmujące, że w okolicach mogą znajdować się miny i nie należy zbaczać z trasy. Pośród tego uśmiechnięte dzieci, które z niedowierzaniem spoglądały na nas. Jedne się śmiały, inne witały nas, krzycząc „ Hello”. Za Krume znowu spotkałem mojego znajomego Albańczyka, który studiuje w Poznaniu. Po raz kolejny podczas tej wyprawy stało się coś nieprawdopodobnego. Pośrodku gór, na zapomnianej drodze spotykam przyjaciela. Okazuje się, że jedzie wraz z mamą z Tirany do Krume(inna nazwa Has) do dziadków. Pytam się o drogę do Kukes, on tylko z politowaniem na mnie spojrzał i lekko uśmiechnął.


80 km pod górę bez asfaltu
Trasa ta, to również niezapomniane widoki na sztuczne jezioro Fierze. Kukes podobnie jak Fier na południowym zachodzie to według mnie najbrzydsze miasta w Albanii. Wjeżdżając do Kukes widzieliśmy palące się śmieci na ulicach, zabite lisy przywieszone do płotów oraz dziury w jezdni spowodowane brakiem osłon na studzienki. Pobyt w Kukes zbiegł się z ostatnim dniem Ramadanu - muzułmańskiego święta. Na ulicach głośny, gwarny tłum. Mimo świątecznej atmosfery, miasto nie wydawało się nam przyjazne. Może wiązało się to z naszym lękiem przed kolejnymi etapami. Kolejnym punktem naszej wyprawy miała być Peshkopia. Informacje, jakie uzyskaliśmy od właściciela hotelu, w którym mieszkaliśmy, nie były optymistyczne. 80 kilometrów pod górę bez asfaltu. Trudno, żeby po takich informacjach zakochać się w mieście.

alt
Na trasie między Kukes a Peshkopią


Kocham Albańczyków
Odcinek do Peshkopi chcieliśmy pokonać w jeden dzień. Niestety, trzeba mierzyć siły na zamiary. Nie daliśmy rady. Mimo wszystko nie mogliśmy narzekać na brak przygód. Dzięki ogromnej otwartości i gościnności Albańczyków mogliśmy poznać ich zwyczaje. Będąc w kryzysie bez jedzenia i noclegu zatrzymaliśmy się w miejscowości Vasije. Tam udało nam się spotkać człowieka, który mówił w języku angielskim. Dzięki niemu udało nam się znaleźć nocleg u miejscowej albańskiej rodziny. Byliśmy ich gośćmi, wspólnie spożyliśmy posiłek przez nich przygotowany. Rozmawialiśmy łącząc polski z albańskim, był też pokaz tradycyjnych tańców. Po takich doświadczeniach szedłem obiedzony spać z taką refleksją, że kocham Albańczyków za ich pogodę ducha, otwartość i tajemniczość.


Problem „ideologiczny”
Pobyt w Peshkopi wiązał się z ogromnym dylematem odnośnie trasy. Dni nieubłaganie mijały, a przed nami jeszcze tyle nie odkrytych miejsc. Musieliśmy jak najszybciej znaleźć się na południu Albanii. Jak to zrobić z Peshkopi? Droga do Librazd jeszcze gorsza niż z Kukes do Peshkopi. Do Tirany droga przez Burrel i Kruje. Właściciel hotelu objaśnia nam drogę przez Maqellare do Macedonii. I tu pojawia się problem „ideologiczny”: czy uczestnicy Albania Bike Tour 2010 mogą jechać przez Macedonię? Na szczęście rozsądek zwycięża i dobrą asfaltową drogą docieramy do Strugi. Miasto położone w Macedonii nad Jeziorem Ohrydzkim bardzo nas zmoczyło. Ulewę wynagradza nam wyśmienita kolacja.


I bunkry
Następnego dnia znów jesteśmy w Albanii. Przekraczając granice fotografujemy się z bunkrami. Dlaczego ich tak dużo? Po co Hodża je budował? Jak to się stało, że paranoja dyktatora owładnęła cały kraj? Moje myśli o Hodży są tylko negatywne. Obozy pracy, ateizacja kraju, morderstwa polityczne, zabójstwa księży, polityka izolacji - to tylko niektóre grzechy główne Envera Hodży. Jedną z pozostałości po dyktatorze jest właśnie około 700 tys. bunkrów, które miały służyć ochronie kraju przed niebezpiecznym najeźdźcą. Prawda jest taka, że największym zagrożeniem dla Albanii były kolejne pomysły dyktatora, a nie obawa przed atakiem obcego kraju.


Pociąg jak życie
Docieramy do Perrenjas. Niestety, ze względu na czas rezygnujemy z Korczy, Voskopoje, Pogradec i Erseke. Tu wpadamy spontanicznie na pomysł, aby podróż kontynuować koleją. Z racji tego, że moi bracią są fanami kolejnictwa oraz, że słyszeliśmy wiele ciekawych informacji na temat pociągów w Albanii, postanowiliśmy pojechać w kierunku Elbasan. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Pociągi albańskie są jak życie Albańczyków. To znaczy mam wrażenie jakby były zapomniane, biegły swoim rytmem. Z dala od szybkości życia.

Odkryć własną Albanię
Poszukując przygód i niezapomnianych wrażeń warto wybrać się do Albanii. Przytoczone przeze mnie wspomnienia to tylko niektóre chwile spędzone tam z ekipą Braci Kalinowskich. Część przeżyć uleciała, twarze spotkanych ludzi odeszły w zapomnienie, jednak budząc się każdego ranka, czuję tęsknotę za tymi ludźmi i tym krajem. Ich bliskość i serdeczność spowodowała, że na pewno chcemy tam wrócić. Jednocześnie zachęcamy każdego do odkrycia swojej własnej Albanii.
Jakub Kalinowski
Więcej relacji z wyprawy zobacz:

cykloid.pl
http://cykloid.pl/index.php?option=com_wyprawy&task=wyprawa&id=162


Blog wyprawy na National Geographic http://www.national-geographic.pl/uzytkownik/blog/wpis/albania-bike-tour-2010/pkalinowski/


Artykuł-relacja w ogólnopolskim miesięczniku "Rowertour" 1/2011

Towarzystwo Polsko-Albańskie
05-805 Otrębusy
ul. Spacerowa 17
 
Konto:

Towarzystwo Polsko-Albańskie
58 2130 0004 2001 0741 4378 0001
Volkswagen Bank Polska S.A.

 

Dziś41
W tygodniu296
W miesiącu296
Wszystkie194586

czwartek, 04 czerwiec 2020
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd